I have always imagined that paradise will be a kind of library. - Jorge Luis Borges
Zakładki:
O mnie
Odłożone
Różne
Szablon autorstwa
Szablony
Tu wracam często
Zaglądam
Źródła
Projekt
czytanie
Liczniki
wtorek, 07 września 2010
"Między słowami" (2003) S. Coppola

Lost in translationZawsze chciałam obejrzeć ten film i zawsze to odkładałam, aż dłużej się nie dało i wreszczie trafił mi w ręce fundująć mi 2 naprawdę mile spędzone godziny. Piękna Scarlett Johansson i, mniej już piękny, Bill Murray.

Ona - szukająca swojego miejsca w życiu, młoda żona wiecznie zajętego fotografa, on - podstarzały aktor, który we własnym domu i dla własnych dzieci jest gościem. Ona - zaczyna dopiero swoje "dorosłe" życie, on - jest już gszieś za zakrętem. Spotykają się w dosyć groteskowym miejscu - w zatłoczonym Tokio. Miasto na pozór oferuje mnóstwo możliwości do spędzenia wolnego czasy, a jednak każde z nich jest samotne. Ona nudzi się czekając w hotelu na męża, on nudzi się na innym piętrze tego samego hatelu czekając na kolejne nagrania.

Niby tak od siebie różni znajdują wspólny język, łączącą ich, delikatną nić porozumienia. Ona znajduje wreszcie kogoś, z kim może podzielić się swoimi rozterkami, na czyim ramieniu może się wypłakać, on dzieli się z nią doświadczeniem, ostrzega przed błędami, które sam kiedyś popełnił. Między słowami

Bardzo przyjemnie ogląda się ten film i słucha rozmów bohaterów. Pozornie nie dzieje się nic - żadnych dramatów, niespodziewanych zwrotów akcji - a jednak ani bohaterowie ani widz nie będą po tych rozmowach tacy sami.

Tak na marginesie chciałabym wspomnieć, że film przypomina moim zdaniem filmy "przed wschodem słońca" i "Przed zachodem słońca" z Julie Delpy i Ethan'em Hawk'iem, podobny nastrój i ogólna wymowa.

wtorek, 17 sierpnia 2010
There is no real world. There is only a dream.

IncepcjaZ taką myślą wyszłam z kina po "Incepcji" Christophera Nolana. Nareszcie film akcji skrojony specjalnie dla mnie - nie pozwala się nudzić, zmusza do myślenia i narzuca naprawdę szybkie tempo.

Na pozór typowy "heist film" - włamanie, grupa włamywaczy i zlecenie. A jednak wszystko jest na opak - sejf, który jest celem, to ludzka podświadomość, a włamywacze nie zamierzają niczego zabrać tylko coś w niej zostawić. Incepcja polega właśnie na zaszczepieniu w umyśle człowieka pomysłu, który on uzna za własny.

Świetne kreacje aktorskie - DiCaprio udowadnia po raz kolejny pokazuje na co go naprawdę go stać, moją uwagę zwrócił też Cillian Murphy (Robert Fischer Jr.), no i piękne kobiety - Ellen Page i Marion Cotillard. Sensownie wykorzystane efekty specjalne, króre nie przytłaczają widza a dopełniają całości - najbardziej podobała mi się bijatyka w korytarzu bez grawitacji. Krótko mówiąc inteligentne, pełnowymiarowe kino akcji z domieszką nietypowego wątku miłosnego.

sobota, 13 marca 2010
"Śniadanie u Tiffany

Śniadanie - plakatKsiążkę czyta się świetnie, płynnie. Daje ogromne pole do wyobraźni. Chociaż film również ma wiele mocnych stron - Nowy Jork, który uwielbiam, Audrey Hepburn, która jest moim ideałem elegancji i szczęśliwe zakończenie, które poprawia mi humor.

Trudno jest mi oddzielić obie historie - tą książkową od filmowej, bo nie są identyczne - film jest bardziej szczególowy, chociaż pomija kilka wątków z książki dodając swoje. Paul z obserwatora i cichego wielbiciela staje się kochankiem. Obie historie łączy Holly - niesamowita kobieta poszukująca ciepła, miłości, opieki. Nigdzie nie potrafi się zadomowić. Udaje niezależną, ale faktycznie jest wrażliwą, łatwowierną kobietką, którą łatwo zranić. Do tego ta jej skomplikowana filozofia - raz mówi, żeby nie kochać dzikich ludzi, bo ranią, albo że "lepiej patrzeć w niebo niż w nim mieszkać", udając przy tym bezwzględną, żeby po chwili powiedzieć:

"Gdybym mogła naprawdę znaleźć miejsce, gdzie czułabym się jak u Tiffany'ego, to kupiłabym sobie meble i dała temu kotu imię."

"Śniadanie u Tiffany'ego" to świetna historia na poprawę humoru, polecam (chociaż może nie wszystkim;)).

Śniadanie u Tiffany'ego

środa, 27 stycznia 2010
"New York, I love you"

New yorkDawno nie pisałam o filmach, chociaż ostatnio chyba więcej oglądam niż czytam. Pewnie dlatego, że ostatnio w ogóle mało tu piszę.

Nowy York - pierwsze miejsce na mojej liście "things to do, things to see", może kiedyś... To miasto fascynuje mnie od bardzo dawna, tempo, nastrój. Póki co znam je ylko z książek, gazet i filmów. Ale dopiero dzięki "New York, I love you" uzmysłowiłam sobie, co jest w nim tak pociągającego - niczego nie można być tam pewnym, wszystko jest pozorem, wszystko i wszyscy mogą nas zaskoczyć - pozytywnie i negatywnie. I tacy są bohaterowie filmu - nieprzewidywalni i zaskakujący. Elegancka kobieta przed restauracją okazuje się być prostytutką, zwykły taksówkarz - wrażliwym malarzem.

Warto go obejrzeć również ze względu na muzykę, która wyraża kolejny aspekt Nowego Yorku - wielokulturowość, orientalność. Jak mówi jedna z bohaterek, to miasto, z którego nikt nie pochodzi, miasto które żyje swoim życiem, którego serce bije mocno, miasto, które akceptuje wszystko i wszystkich, miasto, w którym każdy może być sobą. Myślę, że właśnie przez to przyciąga ono do siebie tysiące ludzi.

Kolejne zasługi to zdjęcia - po pierwsze ulice, Empire State, ale też inne strony miasta - Bronx, Chinatown, Lower East Side, Hell's Kitchen... no i muzyka, ale tej nie da już się opisać.

wtorek, 08 września 2009
"Duma i uprzedzenie" - serial BBC

 

Lizzie

Udało mi się zdobyć serial "Duma i uprzedzenie" BBC z 1995 roku. Wszędzie pewno kinowych wersji Jane Austen, ale ja się uparłam na stary serial. Zawsze 6 godzin to więcej przyjemności oglądania, no i Colin Firth. Ale opłacało się szukać. Ta wersja bije na głowę wszystkie inne ekranizacje. Stylowa muzyka, kostiumy, jak dla mnie przezabawny, brytyjski akcent i te krajobrazy… Dech zapiera. Historia trochę rozwleczona i mało wydarzeń na aż tyle odcinków, ale liczne zalety rekompensują te braki. Naprawdę warto obejrzeć, żeby ssobie unaocznić tamte czasy. Chociaż czasem suknie przypominają koszule nocne;), ale to już inna historia.

Elisabeth Bennet, Mr. Darcy