I have always imagined that paradise will be a kind of library. - Jorge Luis Borges
Zakładki:
O mnie
Odłożone
Różne
Szablon autorstwa
Szablony
Tu wracam często
Zaglądam
Źródła
Projekt
czytanie
Liczniki
wtorek, 29 września 2009
"Lolita" Vladimir Nabokov

Lolita, NabokovNie jest łatwo pisać o tej książce. Z jednej strony faktycznie kontrowersyjna historia romansu dorosłego mężczyzny i czternastoletniej dziewczynki, całe wyrachowanie z jakim próbował się do niej zbliżyć, a później zatrzymać ją jak najdłużej przy sobie, psując ją przy tym i jak ona sama twierdzi "łamiąc jej dzieciństwo". Z drugiej strony książkę broni genialnie skonstruowana, złożona postać Humberta i ironiczno-sarkastyczny styl, jaki Nabokov wkłada w jego usta.

"Otóż dla mojej Lolity w trakcie naszego nietuzinkowego i bestialskiego pożycia stopniowo stało się oczywiste, że nawet najnędzniejsze życie rodzinne ma większą wartość niż ta parodia kazirodztwa, która na dłuższą metę była najlepszym, co mogłem jej ofiarować."

Obiektywnie rzecz biorąc Humbert zasługuje na najsroższą karę, ciekawe jest jednak to, że świadomie się tej karze poddaje. Szalona miłość do Lolity prowadzi go ostatecznie do klęski i nie ważne jak byśmy potępiali jego czyny i tak gdzieś w głębi będziemy go żałować. Przez cały czas czytając "Lolitę" uderzał mnie jego egoizm i obojętność, i chociaż wiem, że cała ta jego miłość do Lolity była powodowana jedynie chęcią zaspokojenia własnych chorych potrzeb, to desperacja z jaką temu ulega, trochę mnie wzruszyła.

Ogromną zaletą książki są niezliczone odniesienia do światowej literatury, od biblii po Dostojewskiego, zawiera ona elementy pamiętnika, psychoanalizy, powieści drogi, kryminału... można by wymieniać jeszcze długo. Dla mnie główną jej zaletą, jest to, że nie da się jej w żaden sposób zaszufladkować, skategoryzować. Można rozumieć ją na wiele sposobów, jako opowieść o miłości, jako alegorię zwrotu w kulturze od wykształconej, elokwentnej Europy do kiczowatej, popkulturowej Ameryki, reprezentowanych przez dwójkę głównych bohaterów - "Uwiedzenie starej Europy przez młodą Amerykę", jako smutne rozliczenie się z przeszłością...

I jeszcze jeden plus - słownictwo. Sięgając po "Lolitę" bałam się, że znajdę w niej albo wulgaryzmy, albo jakieś dziwne ginekologiczne nazewnictwo, jak to ma miejsce u wielu "sławnych i poczytnych pisarzy", na szczęście w "Lolicie" mamy do czynienia z naprawdę dobrym językiem, wyszukanymi, burzącymi stereotypy połączeniami, które wyrażają dokładnie to, co wyrazić powinny.

*Nabokov, V.; "Lolita", Muza, Warszawa 2007.

środa, 23 września 2009
"Miłość lwicy" Christina Hachfeld-Tapukai

Miłość lwicy

"Miłość lwicy" to ciekawa opowieść Christiny o jej fascynacji Afryką, miłości do wojownika Samburu i pełnym niespodzianek życiu na Czarnym Lądzie. Schemat jest ten sam co w "Białej Masajce", i muszę przyznać, że czytając ciągle porównywałam te dwie powieści i ich bohaterki, już teraz muszę stwierdzić, że w tym porównaniu "Lwica" wypada o wiele lepiej. Sama warstwa językowa jest tu o wiele lepsza, to pewnie dlatego, że bohaterka pracowała w Niemczech jako dziennikarka.

Christine po śmierci męża sprawia sobie wycieczkę do Kenii. Egzotyka tego miejsca - ludzie, klimat, krajobraz, atmosfera - to wszystko wprawia ją w ogromny zachwyt.

"Wiele osób odwiedzających Afrykę nie potrafi oprzeć się przymusowi ciągłego powracania tu lub wręcz pozostania na stałe. Jest coś niezwykłego w tej sile, jaka miota człowiekiem i nie daje mu spokoju, dopóki jego stopy ponownie nie dotkną Czarnego Lądu."

- tak dzieje się też z Christine, nie zrażona tym, że pierwszy jej afrykański przyjaciel rezygnuje z niej, poddaje się miłości innego wojownika Samburu, Lpatatitiego, porzuca swoje ustabilizowane życie w Niemczech, jej dwaj synowie są już na tyle dorośli, że radzą sobie sami, podczas gdy ich matka rozpoczyna nowe życie w maleńkiej górskiej wiosce Samburu. W odróżnieniu od Corrine z „Białej Masajki” (o niej w innym poście) „Lwica” odnosi się do swojej nowej rodziny bardzo tolerancyjnie i z szacunkiem. Czuć, jak ważne stało się dla niej całe plemię, mówi też o obawach, jakie wiążą się z jego przyszłością. Zadała sobie duży trud i nauczyła się ich języka, jest ciekawa wszelkich rytuałów, pyta o nie i wyjaśnia je w książce. Nie stara się na siłę zmienić męża, a dostosowuje się do okoliczności na tyle na ile jest w stanie.

„Chyba jednak zaraziłam się już tym afrykańskim spokojem i opanowaniem, bo w dalszym ciągu nie skarżyłam się na los, który rzucił mnie w to pustkowie i teraz stawiał przede mną wyzwania. Przeciwnie, dzięki Samburu uczyłam się należycie przeżywać każdy dzień, nie zaprzątając sobie głowy nieznanym jutrem. Tu oddawano się teraźniejszości, okazując wdzięczność za podstawowe przejawy życia, niezależnie od tego, jak bardzo były nędzne. Troska o przyszłość czy chociażby planowanie były czymś obcym. Bardzo szybko pojęłam tę filozofię i nie oczekiwałam niczego, co nie jest możliwe. Taka postawa okazała się nie tylko wygodna i prosta, ale chroniła także przed rozczarowaniami. Poza tym zawsze zostawały marzenia…”

Christine szybko przekonała do siebie całą wioskę, ludzie liczyli się z jej zdaniem. Próbowała ich zrozumieć, nie wywyższała się tym, że jest Europejką. Swoja wiedzę starała się wykorzystać, żeby pomagać innym, na przykład ucząc dzieci czytać i pisać, przekonując starszych, żeby posyłali dzieci do szkoły, albo pomagając w leczeniu, tak ludzi jak i zwierząt.

Nie potrafię zrozumieć, co ją skłoniło do takiej decyzji i naprawdę się dziwię – może to dlatego, że nie byłam jeszcze w Afryce;) – ale szanuję ją i podziwiam za to, że odważyła się podążać swoją drogą, że zrezygnowała z wszelkich wygód i zdecydowała się ulec sile, która pchała ją w głąb Afryki, do kolebki ludzkości.

Hachfeld-Tapukai Ch.; Miłość lwicy, Świat Książki, Warszawa 2008.

wtorek, 15 września 2009
"Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafón

Cień wiatruLa Sombra del Viento - melodia tych słów skłoniła mnie do przeczytania tej książki. Mam jakiś dziwny sentyment do Hiszpanii, a konkretnie do Barcelony - La Sagrada Familia znajduje się bardzo wysoko na mojej liście "things to see" - więc zdecydowałam się na tą pięciuset stronicową wyprawę z Zafonem i jego bohaterami. Wróciłam przed chwilą i pomyślałam, że podzielę się moimi wrażeniami na gorąco.

Ze wszystkich postaci tej powieści najbardziej ujęło mnie miasto, które pokazuje tu niezliczoną ilość twarzy - raz jest pochmurne i burzowe, raz słoneczne, skwarne i zakurzone, pachnie południowymi przyprawami i wiatrem wiejącym od morza, żeby za chwilę znów zasnuć się chmurami i przykryć warstwą śniegu. Warto tu wspomnieć także o zdobiących książkę fotografiach autorstwa Francesc Català-Roca, które są świetnym uzupełnieniem treści.

"Ulicę zmiatała zimna i przeszywająca bryza, zostawiając za sobą delikatną akwarelę pary. Przytłumione światło słońca odbijało się miedzianym echem od dachów i dzwonnic Dzielnicy Gotyckiej."*

Sama akcja już mniej mi się podobała, zaskakujące rozwiązania nie były do końca zaskakujące. Ilość postaci, ich imion i relacje między nimi przekroczyły możliwości mojej pamięci, także czytając podsumowanie, nie do końca wiedziałam, o kogo chodzi. Mamy w tej książce do czynienia z dwoma głównymi bohaterami i z dwoma równoległymi światami, w których oni żyją, siłą rzeczy musiało się więc tutaj pojawić aż tyle osób.

Cień wiatru - kotNie jest to może książka, przez którą mogłabym zarwać noc i trudno było mi wczuć się w jej przepełniony atmosferą tajemnicy i niedomówień nastrój, nie znaczy to jednak, że źle mi się ją czytało. Wprost przeciwnie, napisana jest bardzo przystępnym, ale nie prostym językiem, a akcja toczy się dosyć wartko. Bohaterowie wpadają czasem w moralizatorski ton, ale bez przesady (patrz - Coelho;). No i na koniec najważniejsze - cała książka, od pierwszej litery do ostatniej kropki, jest pochwałą czytania, w jakimś stopniu kontynuacją horacjańskiego non omnis moriar - człowiek żyje dopóki żyje pamięć o nim. Są więzienia gorsze od słów, najgorsze jest zapomnienie - i to uważam za najważniejsze przesłanie Cienia wiatru dla mnie.

"...niewiele rzeczy ma na człowieka tak wielki wpływ jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca."*

"...czytać to bardziej żyć, to żyć intensywniej..."*

*Zafon, C. R.; Cień wiatru, MUZA, Warszawa 2007.

wtorek, 08 września 2009
"Duma i uprzedzenie" - serial BBC

 

Lizzie

Udało mi się zdobyć serial "Duma i uprzedzenie" BBC z 1995 roku. Wszędzie pewno kinowych wersji Jane Austen, ale ja się uparłam na stary serial. Zawsze 6 godzin to więcej przyjemności oglądania, no i Colin Firth. Ale opłacało się szukać. Ta wersja bije na głowę wszystkie inne ekranizacje. Stylowa muzyka, kostiumy, jak dla mnie przezabawny, brytyjski akcent i te krajobrazy… Dech zapiera. Historia trochę rozwleczona i mało wydarzeń na aż tyle odcinków, ale liczne zalety rekompensują te braki. Naprawdę warto obejrzeć, żeby ssobie unaocznić tamte czasy. Chociaż czasem suknie przypominają koszule nocne;), ale to już inna historia.

Elisabeth Bennet, Mr. Darcy

poniedziałek, 07 września 2009
"Podróż Bena" Doris Lessing

Podróż BenaKsiążeczka ta to kontynuacja „Piątego dziecka”. Jej głównym bohaterem jest Ben, który po opuszczeniu rodzinnego domu szuka swojego miejsca w świecie. Jeszcze po przeczytaniu pierwszych 2-3 stron miałam nadzieję, że znajdę w „Podróży Bena” to, czego brakowało mi w pierwszej części – wglądu w jego uczucia, spodziewałam się, że tym razem dowiem się jak Ben postrzega świat. Niestety, już po kilku stronach straciłam złudzenia. Dorosłe życie Bena to splot jakiś bardzo dziwnych wydarzeń i okoliczności. Pojawia się całe mnóstwo dziwnych postaci, które niewiele wnoszą. Ben spotyka na swojej drodze wiele dobrych osób, które pomagają, mimo to, świat nadal jest dla niego okrutny. Ludzie wykorzystują jego naiwność, prostotę, nieznajomość świata. Ben na przekór wszystkiemu uparcie szuka miłości i akceptacji. Okazuje się, że posiada duszę i gdzieś w głębi, pod osłoną mięśni, jest bardzo wrażliwym człowiekiem.

„Ludzie to przychodzili, to znów odchodzili, albo po prostu siedzieli przy stolikach, jak w innych miejscach gdzie bywał Ben, i zaintrygowani zerkali na chłopaka. Najpierw rzucali ukradkowe spojrzenie, czuli, że coś jest nie w porządku, w ich umysłach rodziły się pytania. Drugie spojrzenie było dłuższe – no, zwyczajny duży mężczyzna, nie ma nic złego w tym, że ktoś jest duży i muskularny, – ale te ramiona, mówcie, co chcecie, ale takie ramiona… Odwracali się i zerkali na Bena po raz trzeci, szybko, ukradkiem. Tak ma muskuły, ale nie grzeszy urodą. I wreszcie ostatnie spojrzenie wprost, jakby dziwny wygląd chłopaka usprawiedliwiał ich brak delikatności. Co to jest? Na co ja patrzę?”*

Podsumowując muszę stwierdzić, że książka poważnie mnie rozczarowała. Brakuje jej tego „czegoś”, czego nie potrafię nazwać. Językowo nie różni się ona od „Piątego dziecka”, nie ma natomiast, w odróżnieniu do pierwszej części, nic ważnego do przekazania.

* Lessing D.; "Podróż Bena", Warszawa 2005, str. 85.

"Piąte dziecko" D. Lessing

Piąte dzieckoZachęcona „Pamiętnikiem przetrwania” sięgnęłam po inny tytuł (a właściwie dwa) tej samej autorki, jak tylko nadarzyła się ku temu okazja – nowiutkie, przez nikogo jeszcze nieczytane książeczki w bibliotece.  Pierwszą przeczytałam, a raczej „połknęłam” natychmiast. „Piąte dziecko” to piękna opowieść o rodzinie, o szczęściu, które okazuje się być bardzo kruche, a macierzyństwie, ale przede wszystkim o ludziach. Ale po kolei.  Najpierw poznajemy Dawida i Harriet – młodych spokojnych ludzi, których marzeniem jest posiadanie dużej i szczęśliwej rodziny. Kupują oni ogromny dom, pobierają się, na świat przychodzą kolejne dzieci. Wszystko układa się po ich myśli, do chwili, kiedy Harriet po raz piąty zachodzi w ciążę. Nowe dziecko – Ben – nie pasuje do idylli, jaką Sabie stworzyli, burzy ich wspaniały świat, ponieważ jest inny niż pozostałe dzieci. Jak to wpłynie na rodzinę? Jak traktowani są w naszym społeczeństwie tacy „odmieńcy”?

"- Albo on, albo my - powiedział Dawid do Harriet, po czym dodał tonem zimnej niechęci do Bena: - On pewnie spadł z Marsa. (...)
- To jest małe dziecko - powiedziała. - Nasze dziecko.
- Nieprawda - odparł Dawid. - Cóż, w każdym razie nie moje."*

Treści książki nie mam w zasadzie nic do zarzucenia. Stawia ona wiele ważnych pytań, na przykładzie jednej rodziny pokazuje, jaki jest „nasz” świat i jak okrutni potrafią być ludzie. Historię widzimy głownie z perspektywy matki i to jej uczucia są głównym tematem opowieści. W bardzo udany sposób Lessing pokazuje jednak reakcje innych członków rodziny, niestety (według mnie) omija najważniejszą postać – Bena. Wadą powieści jest dla mnie jej język – prosty, czasem aż za bardzo. Może jest to specjalny zabieg, którego ja nie zrozumiałam, a może wina tłumaczenia. Taki sztywny, relacjonujący język nie jest w stanie wyrazić złożonych uczuć, które ma opisać. Ogólnie jednak uważam, że jest to pozycja naprawdę godna polecenia i to też robię.

*Lessing D.; "Piąte dziecko", Warszawa 2005, str. 82.

piątek, 04 września 2009
"Duma i uprzedzenie" Jane Austen

Duma i uprzedzenieTo moja druga już po "Mansfield Park"  w ostatnim czasie podróż w świat Jane Austen i pierwsza od wielu lat noc zarwana przez książkę - dobrze, że jeszcze mam wakacje. Niby nie ma w tej powieści nic nowego - typowy dla Austen monotonny przebieg akcji, bale, obiady, wizyty, rozmowy..., a jednak wciągnęła mnie tak, że nie mogłam się oderwać aż do 3 w nocy. Tym razem ujął mnie wspaniały kwiecisty język, który na dłuższą metę byłby na pewno męczący, ale nie w wykonaniu Jane Austen, w polskiej wersji jest to w dużej mierze zasługa pani tłumacz.

Trudno ukryć, że jest to świat, w którym rządzą koneksje, znajomości i pieniądze - każdy bohater ma niemal napisane na czole, co posiada i ile ma rocznego dochodu. Jednak na końcu zawsze zwyciężają szczerość, mądrość i skromność.

Swoją drogą ciekawi mnie, na czym oni zarabiają te pieniądze? Rzadko mówi się tu o jakiejkolwiek pracy. Ojciec całe dnie spędza w bibliotece, panny w salonie czytają, haftują, śpiewają, grają na klawikordzie albo w karty, natomiast ludzie, którzy trudnią się handlem są traktowani jak gorsza kategoria. Żeby wczuć się w nastrój tej książki należy jednak zapomnieć o sprawach tak przyziemnych;)

 

 
1 , 2